Single po japońsku

Wczorajszy wieczór spędziłem w teatrze. Pierwszy raz po wielu latach zagościłem w tak eleganckim miejscu. Otrzymałem wejściówkę na popularny i podobno śmieszny spektakl komediowy. Wszystko odbywało się w Operze Krakowskiej przy pełnej widowni. To moja krótka recenzja oraz opinia na temat tego… czegoś.

pablo

Muszę się przyznać, że dawno nie byłem w teatrze. To miejsce kojarzy mi się głównie z szkolnymi wyjściami, gdzie wpychali nam na siłę kulturę wysoką, pisaną przez Mickiewicza czy Słowackiego. Przypominają mi się czasy prawie prehistoryczne, gdy wypchanym autokarem, śmierdzącym starością oraz spranymi wymiocinami dzieci, jechałem do teatru. Zwykle siedziałem w ostatnim rzędzie. Zarówno w autokarze jak i teatrze. Staram się wygrzebać z odmętów pamięci coś pozytywnego z obcowania z teatrem, ale kojarzy mi się to wyłącznie z sytuacjami przed i po spektaklu. Nigdy nie rozumiałem tych kartonowych scenografii, niczym z filmów Andrzeja Wajdy. A może po prostu pakowali we mnie pseudointelektualną papkę, której wartość skończyła się w momencie zdania matury…

Wczoraj byłem nastawiony pozytywnie. Komedia wieczorną porą, znani aktorzy, dobre towarzystwo, wysoka kultura. Wszystko pasowało do siebie.. Mój nastrój był tym lepszy, że udało mi się wcześniej załatwić opłaty za kartę wędkarską w komunistycznym budynku na krakowskiej Hucie. Wszystko wskazywało na udany dzień, zakończony radosnym wydarzeniem. I jak myślę teraz o obejrzanym spektaklu, to mam mocno mieszane uczucia.

Obsada i scenariusz

Sztuka została wyreżyserowana przez Olafa Lubaszenko. Znane nazwisko powinno zobowiązywać. Ale było chyba jedynie wabikiem. Niczym soczysty robak na haczyku, okazała się również rozpoznawalna obsada z Anną Muchą (jakoś strasznie tu dużo wędkarskich analogii) na czele. Już niestety niejednokrotnie przekonałem się, że aktorzy to nie wszystko. Ważny jest scenariusz.

Single po japońsku to „komedia”, która pokazuje realia korporacyjnego świata. Pomijając fakt, czy było to śmieszne, czy też nie, to sam zamysł był ciekawy, żeby nie powiedzieć intrygujący. Korpoludki w korpoświecie mnie zawsze bawiły i spodziewałem czegoś więcej, niż to co zobaczyłem. Prezesi i wiceprezesi korporacyjnego świata, walczący o stołki w niekończącym się wyścigu szczurów to temat, który świetnie się sprzedaje. Szczególnie jeśli dodamy do tego cięcia budżetowe oraz masowe zwolnienia przy absolutnym pominięciu życia prywatnego. Bo przecież korpo to życie. Do tego wszystkiego dołożyć można przejęcia przez kolejne zagraniczne firmy i mamy scenariusz z życia wzięty i bardzo dobrze obiecujący.

pablo (3)

Spektakl składał się z dwóch części. Pierwsza część nie bardzo mi zapadła w pamięć, komedii tam było niewiele. Nie specjalnie pamiętam śmieszne sytuacje, chyba tylko dowcip o „franku”, czyli zgrabnie ubrane w słowa przewalutowanie kredytu hipotecznego. W drugiej części nawet kilka razy się zaśmiałem, ale szczerze mówiąc, nie bardzo rozumiem ludzi, którzy mieli tam ubaw po pachy. Było kilka śmiesznych tekstów i sytuacji, ale nie było to aż tak bardzo komiczne. Może po prostu nie był to humor w moim stylu? Szczególnie gdy żarty powtarzane są kilkukrotnie przez cały spektakl. Zaczynają wtedy być suche, aż zęby trzeszczą. Podobał mi się natomiast motyw przebrania za zawodnika sumo oraz przywdziania przez Muchę burki. Były to całkiem niewymuszone chwile śmiechu. Podobnie było z żartem o 22 cm nie powiem czego. Dobre chociaż trochę suchsze, takie karolki sztrasburgerki i to lekkie. Wojtek Medyński, grający główną rolę, zagrał jak w kabarecie. Pokazywał piosnkę, sapał i się inhalował. Śmieszny i zarazem irytujący jak produkcje w których występował (np. Lokatorzy, Bulionerzy czy Niania). Miałem wrażenie, że jest tak kiczowaty i przejaskrawiony, że momentami śmieszny.

Moja subiektywna opinia

pablo (4)

 

Jestem delikatnie mówiąc zawiedziony. Słabe żarty i równie przeciętna gra aktorska to jak połączenie M jak miłość i odgrzewanej nocy kabaretowej. Niby trochę śmiesznie, ale jednak niesmak pozostaje. Oglądałem to z otwartym umysłem, odrzuciłem nawet moje negatywne skojarzenia z Anną Muchą i jej aktorzeniem w różnych ambitnych polskich serialach, ale to nie wystarczyło. Miało to „coś” przebłyski humoru, ale były one tak niewyraźne jak twarz Muchy w burce. Czasem się zaśmiałem, a czasem bardziej bawiła mnie reakcja śmiejących się do rozpuku widzów. Cieszy mnie, że komuś się to podobało. Dodatkowo aktor grający główną rolę, Wojciech Medyński był na dłuższą metę irytujący.  Żaden ze mnie krytyk, ale było to po prostu słabe. I nie dziwi fakt, że owacji na stojąco nie było. W opisach tego przedstawienia można przeczytać, że jest to farsa, która przedstawia wszystko w krzywym zwierciadle. Osobiście uważam, że zwierciadło było zakrzywione tak bardzo, że momentami traciło na śmieszności i atrakcyjności, a może była to tylko zamierzona gra aktorska.

Reklamy

8 uwag do wpisu “Single po japońsku

  1. Ciekawe, bylam chyba 3 lata temu na podobnym spektaklu „Single i Remiksy”, tez byla Mucha, Medyński, Żurek + jeszcze Książkiewicz,reżyser ten sam, fabuła podobna, mnie się osobiscie podobało ale to może kwestia jakichs poprawek które jednak nie wypaliły 😀

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s